Wewnętrzny barometr mojej pogody
Otwieram rano oczy i widzę ją — pogodę za oknem.
Jaka by nie była, jest tam i ją zauważam. Już w pierwszych minutach, bez specjalnej uwagi, notuję, czy jest pochmurno, może wręcz deszczowo, czy też świeci słońce. Szacuję temperaturę i zastanawiam się, jaki zapowiada się dzień. Sprawdzam prognozę na najbliższe 24 godziny, czasem na cały nadchodzący tydzień. Niekiedy wychodzę na balkon, żeby poczuć ją na własnej skórze i zdecydować, co uwzględnić w wyborze garderoby i planach na dzień.
I chyba większość z nas tak ma.
Mniej lub bardziej świadomie notujemy pogodę. Dostosowujemy się do warunków atmosferycznych, czasem korygujemy przez nie plany albo właśnie na ich podstawie podejmujemy decyzję, co będziemy robić.
Nie ma w tym nic dziwnego.
A jak często sprawdzamy nasz wewnętrzny barometr osobistej pogody zwanej emocjami?
Jak często świadomie sprawdzamy, gdzie danego dnia jesteśmy, żeby odpowiednio dostosować swoje plany i ułożyć dzień tak, by choć trochę współgrał z tym, co dzieje się w nas?
Kiedy na zewnątrz sypie śnieg i przeszywa mróz, nie wychodzimy na plażę w stroju kąpielowym, próbując złapać na skórze słoneczny glow. W upalny letni dzień nie narzucamy zimowego płaszcza. Zabieramy parasol, kiedy pada, i kapelusz, kiedy mocno świeci słońce.
Jeżeli planujemy wędrówkę, nie zawsze musimy z niej rezygnować tylko dlatego, że pogoda nie jest idealna. Czasem wystarczy odpowiedni ekwipunek.
A jednak mam wrażenie, że naszą wewnętrzną pogodę potrafimy traktować zupełnie inaczej.
Ignorujemy ją. Działamy przeciwko niej. Wychodzimy w burzę bez parasola, odpowiedniego ubrania i schronienia.
A przynajmniej ja robiłam tak przez bardzo długi czas.
Nauczyłam się ignorować swoje wewnętrzne chmury, dbając bardziej o innych, własny wizerunek czy spełnianie oczekiwań niż o samą siebie. Od dłuższego czasu uczę się, że kiedy potrzebuję odpoczynku, nie powinnam odczuwać z tego powodu wyrzutów sumienia.
A jednak ostatnie tygodnie pokazały mi, że mimo tej świadomości mocno siebie zaniedbałam.
I przyszło silne załamanie pogody.
Burza z piorunami. Ulewny deszcz. Grad.
Przez dobry tydzień sztorm całkowicie wyłączył mnie z normalnego funkcjonowania. Nie mogłam już, jak do tej pory, przeć do przodu z wyuczonym uśmiechem.
Przyszła kapitulacja.
I chyba po raz pierwszy naprawdę odpuściłam.
Poddałam się żywiołom, które najwyraźniej potrzebowały wreszcie dostać swoją przestrzeń. Zaczęłam naprawdę się w siebie wsłuchiwać. Podążać, zamiast nieustannie kierować. Przestałam oceniać i zaczęłam po prostu być. I opiekować się sobą.
Powoli sztorm zaczął łagodnieć.
Zaczęłam też dobierać potrzebny mi ekwipunek: terapię, ćwiczenia somatyczne i oddechowe, pilates, rytuały. Na zachmurzonym niebie pojawia się już tęcza. Czasem nawet kawałek błękitu.
Obserwuję.
Uważnie.
Bo przecież pogoda potrafi być stabilna przez cały dzień, a nawet przez wiele dni czy tygodni. Ale potrafi też załamać się w ciągu kilku minut i zmienić kilka razy podczas jednej doby.
I nikogo to właściwie nie dziwi.
Wiemy, że taka jest jej natura.
Czasem świeci słońce. Czasem przez wiele dni pada deszcz. Innym razem przychodzi burza, a chwilę później przez chmury przebija się światło.
A jednak od siebie samych często oczekujemy czegoś zupełnie innego.
Stabilności.Spokoju.Najlepiej samych słonecznych dni.
Tymczasem nasze emocje są jak pogoda.
Mogą pozostawać spokojne i niemal niezmienne przez dłuższy czas, ale mogą też gwałtownie się zmieniać. Czasem w ciągu jednego dnia pojawia się ich kilka naraz.
Najpierw słońce. Potem ulewny deszcz. Gdzieś w oddali grzmot. A po chwili tęcza i pierwsze promienie przebijające się przez chmury.
Jak często sprawdzamy swój własny, wewnętrzny barometr?
Z jaką pogodą budzimy się dziś w środku?
Jak zmienia się ona w ciągu dnia?
Czy zauważamy, czego w danym momencie potrzebujemy?
Czy może próbujemy wymusić na sobie pogodę, której akurat w nas nie ma?
Czy podczas wewnętrznej burzy zachowujemy się tak, jakby świeciło pełne słońce, i pędzimy dalej, jakby trwał środek lata?
A może potrafimy znaleźć choć chwilę — nawet w najbardziej zabieganym dniu — żeby zatrzymać się przy tej burzy, dać jej przestrzeń i pozwolić jej wybrzmieć?
Dziś widzę, że załamanie pogody, za które początkowo obwiniałam przede wszystkim zdarzenia zewnętrzne, prawdopodobnie nie byłoby aż tak gwałtowne, gdyby wcześniej panowała we mnie większa harmonia.
A przynajmniej chcę się tego teraz nauczyć.
Nie kontrolować pogody.
Nie wymagać od siebie nieustannego słońca.
Po prostu częściej wyglądać przez własne wewnętrzne okno i zauważać, co właściwie dzieje się na moim niebie.
I dobierać do tego właściwy ekwipunek.

Comments